niedziela, 20 kwietnia 2014

Lubię

Pisać, uzewnętrzniać się po większej dawce skrajnych emocji, to pójście na łatwiznę, bo kiedy życie płynie spokojnie, jest względnie unormowane, to nie stać nas na zwierzenia, głębsze słowa, gdyż myślimy sobie "A po co?"
A ja idę na łatwiznę, spełniam jednocześnie wewnętrzną potrzebę i przelewam myśli na biały arkusz wirtualnego papieru -stukając opuszkami w martwe klawisze - czyniąc je żywymi w mojej głowie.
Myślę, że to nie jest do końca zdrowe, usprawiedliwiać ludzi i ich zachowania, tuszując podświadomie ich błędy i przewinienia, wierząc uparcie, że oni nie planowali siać zła, smutku i łez, ale ja to robię. Nawet, gdy mówię głośno "Ej, hej, jest jużw porządku, nie obchodzi mnie to. Było - minęło.", to w głowie siedzą dziesiątki pytań i głód posiadania wiedz na temat powodów, bodźców, które odpowiadają za to, co się wydarzyło. Chciałabym wiedzieć wszystko, zrozumieć, współodczuć i nie chodzi o to, by coś naprawić (chociaż życzyłabym sobie tego), lecz spojrzeć na tego kogoś jak na człowieka, którym jetsem również ja, bo ja też popełniam błędy, boję się, kłamię, potrzebuję ciepła, mocniejszych wrażeń i... zrozumienia. Chciałabym, żeby ludzie nie poddawali się, nie spisywali na straty siebie i swoich relacji z innymi ludźmi, gdy wkradnie się coś, co może je zachwiać. Często nie mamy odwagi mówić o tym, co jest trudne, o tym, że zawiniliśmy, że okłamaliśmy, bo z góry zakładamy, że nie dostaniemy szansy na sprostowanie, na wyjaśnienie, bo tak własnie jest w rzeczywistości. Ja tego nie rozumiem, nie mam takich mocnych zasad, że kłamstwo oznacza koniec dobrych relacji, przyjaźni, miłosci - wszystkiego, co było dotąd budowane długi czas. Ale zastanówmy się, ile razy my sami posłużyliśmy sie kłamstwem, bo prawda była trudna, bo baliśmy się niezrozumienia i odrzucenia, ale nie postrzegamy tego tak skrajnie jak u bliźniego. Wybielamy się, doskonale usprawiedliwiając, nie chcemy słuchać i zrozumieć, bo nie potrafimy. NIE POTRAFIMY. Bo po co zastanawiać się nad powodem czynu? A bo pewnie w tym była premedytacja, bo ona/on jest zły, podły, bo COŚTAM. Marzę o tym, by moi najbliżsi, nie bali się ze mną rozmawiać głębiej o emocjach, o tym, co w nich tkwi, o słabosciach, obawach, o niezbyt łatwych sprawach. Chyba mam wybujałe wyobrażenie o sobie i przez to postrzegam siebie jako osobę, której można zaufać (nie można TROCHĘ albo BARDZO zaufać, bo ZAUFAĆ można PO PROSTU i nie dzieli się tego na skalę. TAK albo NIE), ale tak czuję i chciałabym, by i inni to poczuli. Ja mam podobnie, bo szukam tego samego, co i ja chciałabym zaoferować innym, ale rozumiem też, że intuicja selekcjonuje za nas kandydatów na "przyjaciół" i bardzo często nawet "przyjaciele" nie zasługują na PEŁNE zaufanie, bo myślimy "Aj, on i tak tego nie zrozumie." Ale dlaczego? Spróbujmy. Przyjaciel to ktoś, kto rozumie, akceptuje takimi, jakimi jesteśmy, wspiera, motywuje, gani i nie spisuje na straty oceniając z góry.

A ja uwielbiam detale, małe rzeczy, drobnostki, perełki...
lubię dotykać twarz,
lubię przesuwać miękkimi opuszkami po kłujących włoskach brody,
lubię być "nos w nos", aż za blisko, bo oczy nie lubią zezować, a wtedy prawie muszą,
lubię układać cztery palce dłoni z tyłu głowy, a kciukiem gładzić miękką skórę tuż przed uchem
lubię kąciki ust unoszące się w uśmiechu i oczy współgrające z nimi,
lubię całować usta, ledwie muskając delikatną skórę warg
lubię dreszcz przy tym i musujące uczucie rozlewające się po policzkach tuż przy kącikach ust,
lubię kłaść głowę kilka centymetrów nad bijącym sercem
lubię słuchać jego bicia i rozkoszować się tym, że słyszę je
lubię napiętą skórę okalającą kości miednicy,
lubię pięć palców chwytających lekko moją dłoń,
lubię ciepło drugiego ciała,
lubię pierwszy moment, gdy Cię ujrzę za każdym razem, gdy się spotykamy,
lubię to szczęście rozlewające się w mojej klatce piersiowej,
lubię zaufanie,
lubię szczerość,
lubiłam Ciebie,
lubię nadal, gdzieś z tyłu głowy.

czwartek, 3 stycznia 2013

Bez

Czuje w opuszkach, że ostatnie szczątki nadziei chcą uciec przez dziesięć palców u rąk, uwolnić się, odciąć od toksycznego organizmu. Walka toczy się pod skórą ramion, które drżą i mdleją za każdym razem, gdy powracają TE myśli, a wszystko kumuluje się w dłoniach, w koniuszkach palców, które niemal drętwieją przejmując impuls.
Czy potrafisz wsłuchać się w siebie i być świadomym bólu FIZYCZNEGO, jaki niesie stres, strach i paranoja? Mam nadzieję, że nie. To niepotrzebna umiejętność. Nikt nie potrzebuje odczuwać tego podwójnie.
Analizowanie każdego słowa, zdania, sytuacji, gestu. Planowanie każdego słowa, zdania, sytuacji, gestu. Dlaczego? Nie wie i nie chce tego. Nie znosi, nienawidzi, a ty tego i tak nie rozumiesz i nie zrozumiesz. Życie.
Ona potrzebuje teraz podwójnego wsparcia.

niedziela, 16 grudnia 2012

Pięć II

Czasami trudno być sobą. Trudno dla innych. Introwertyków nie rozumie się, nie akceptuje. Większość ludzi tego nie robi. Ocenia zbyt szybko, przypina łatkę "dziwak" i drąży temat, zadaje głupie pytania "A dlaczego? Od kiedy tak masz?" i stwierdza, że to nienormalne.
TO jest normalne, lecz niezbyt często spotykane, choć też nie tak rzadko, powiedzmy 1 na 4 osoby, więc można hipotetycznie założyć, że co czwarta osoba obok nas jest TAKA WŁAŚNIE DZIWNA.

Ludziom trudno zrozumieć, że nie czuję potrzeby, nie mam ochoty rozmawiać o tym (i zazwyczaj nie robię tego) , jak to ładnie ćwierkają ptaszki siedzące na drzewku albo rozmawiać by rozmawiać, o byle czym. Nie czynię tego, bo jestem nieuprzejma albo by zrobić na złość i pokazać, że nie będę rozmawiała, bo NIE MAM AKURAT OCHOTY albo coś. Ja zawsze nie mam ochoty, bo TAK JUŻ MAM. To jest wpisane w moja naturę, w moją osobowość, jestem taka prawdopodobnie od 19 lat i to jest naturalne.

Są dwie możliwości, by jakoś dojść ze mną do porozumienia. Zaakceptować moją inność albo odejść. Ja oczywiście też staram się nie być aspołeczna, ale nie potrafię być ekstrawertyczką, więc nikt nie może mieć mi za złe tego, że nie wpasowuję się idealnie w formę człowieka zwyczajnie obcującego z innymi istotami ludzkimi. Najlepiej czuję się w swoim towarzystwie i to nie ma nic wspólnego z byciem narcyzem. Mam wąskie grono osób, którym ufam i w ich towarzystwie czuję się prawie tak samo jak z samą sobą. to wystarczy, aczkolwiek nie wyklucza nawiązywania nowych znajomości (ale bez szaleństw!). Nie lubię tłumów, ale tłum na ulicy jakoś znoszę, bo jest neutralny, bo nie obcuje ze mną bezpośrednio, bo nie narzuca się, nie wymaga długich rozmów, nie każe być osobą towarzyską, nie naciska, by za każdym razem okazywać emocje niczym egzaltowana Ania z Zielonego Wzgórza. To wszystko siedzi we mnie, kumuluje się, analizuje, wyrzuca, trawi, jeszcze raz pochłania, mieli, przetwarza. Wewnątrz jest bardzo ekspresyjnie - w przeciwieństwie do Zewnątrz. Nie musisz mieć mi tego za złe, bo ja nie zdołam zrobić sobie operacji mózgu, przestawić danych elementów, przełączyć neuronów i cholera wie jeszcze co.




niedziela, 8 lipca 2012

6.

"Co musiałbym zrobić, żebyś została?"
...

Cokolwiek, jakkolwiek. Wolałabym być gdzie indziej, gdzieś, gdzie jest spokój, gdzie mogę uśmiechnąć się zwyczajnie i niczego nie mówić, gdzie mogę być sobą.

Tęsknię cholernie ::
' When I look up from my pillow,
I dream you are there with me. '

sobota, 23 czerwca 2012

Dziesięć.


To już pewne, że za dziesięć dni upuszczę kraj.
Pomieszanie ciekawości z obawami. 
Mam nadzieję, że JAKOŚ to będzie, że rodzina okaże się rzeczywiście sympatyczna i dziewczynki przemiłe. 

*****

Euro vs. cokolwiek
Wygrywa euro. A euro zjada wszelkie siły i po tych całych meczach nie ma sił na wykonanie kilku ruchów na klawiaturze. Cóż, życie jest brutalne.

Po pierwsze: Zaufanie zawodzi.
AMEN!